piątek, 2 września 2011

Pech w Paryżu

Wbrew ogólnemu nastrojowi naszej wycieczki, czas trochę ponarzekać. A miastem na które narzekać będę, jest Paryż. Właściwie to nie na samo miasto, ponieważ ono, pomimo wszędobylskiego odoru moczu, jest absolutnie cudowne, ale na parę rzeczy, które nas w tym mieście spotkały. A wszystkie mają związek z komunikację... może coś w tym jest?
Najbardziej wkurzające okazały się być rowery. Zgodnie z radą elektronicznego przewodnika, postanowiliśmy wypożyczyć rowery velib', stojące w całym Paryżu co paręset metrów. Byliśmy przekonani, że to świetny pomysł - większość paryżan na nich jeździ zamiast na własnych no i jest tyle ścieżek rowerowych, a rowery kosztują 1,7euro za dzień! Poszliśmy więc od odpowiedniego automatu, pomęczyliśmy się z nim trochę i dostaliśmy po karteczce z własnym numerem. Wybraliśmy rowery i ruszyliśmy. Niedługo potem zawitaliśmy do kolejnej stacji, ponieważ mój rower miał gumę a Janka zepsute ustawianie siodełka (przez co siodełko było wiecznie w dole). Wymieniliśmy nasze rowery i wybraliśmy inne, z których mój miał... gumę, a Janka zepsute ustawianie siodełka! Za trzecim razem jednak nam się powiodło. Dotarliśmy do Centre Pompidou i bojąc się, że nie znajdziemy już później w miarę działających rowerów, postanowiliśmy nie odstawiać ich na stojaki, ale zwyczajnie przypiąć. I to był największy błąd. Parę godzin później zabraliśmy rowery i ruszyliśmy na wycieczkę wzdłuż Sekwany. Pod wieżą Eiffla złapał nas deszcz, więc z rowerów ostatecznie zrezygnowaliśmy i wróciliśmy metrem. Następnego dnia dowiaduję się, że na koncie brakuje mi prawie 700zł. Pogrążona w głębokiej finansowej depresji, snułam opowieści jak to od teraz będziemy jeść chleb gołym nożem smarowany, a wszędzie chodzić pieszo - najlepiej między miastami też i zaczęłam sprawdzać odległość Paryża od Barcelony. W odpowiednim momencie przypomniałam sobie o depozycie ze 150euro za rowery i że nie minęły jeszcze 24 godziny i że wszystko jest ok! Postanowiliśmy więc wpisać nasze numerki do maszyny i zobaczyć kiedy nam oddadzą kasę. Zamiast tego dowiedzieliśmy się, że jazda rowerami nie kosztowała nas 1,70euro, ale 27. Bo gdy wejdzie się w odpowiednie opcje a następnie w informację a potem w kolejną opcje i kolejne informacje to dowie się, że 1,70euro to jedynie opłata za wypożyczenie, pierwsze pół godziny jest darmowe a każde następne kosztuje... 4euro. Tak więc za pozostawienie rowerów pod Centre Pompidou okazało się być najdroższą zabawą w Paryżu. To nie był jednak koniec przygód, bo nadal nie odzyskaliśmy 150euro, a automat zaczął pokazywać, że nasza subskrypcja skończy się za...

Zadzwoniłam wściekła na podany numer, posłuchałam głupiej melodyjki aż w końcu pewien "angielsko-języczny" francuz odebrał telefon i gdy zrozumiał już o co mi chodzi, wyjaśnił, że to wina mojego zagranicznego banku i że pieniądze zostaną mi zwrócone za... 2 tygodnie. Świetna wiadomość w trakcie podróży!

Inną rzeczą są ścieżki rowerowe. Są - razem z buspasami, po których jeżdżą też taksówki, motory i moje ukochane skutery. Spędziliśmy na nich parę chwil grozy... Zatęskniłam za zwyczajnym, warszawskim jeżdżeniem po ulicy. Wydaje się jednak bezpieczniejsze.

Inna przygoda dotyczyła pociągów, oznakowań w metrze oraz wspaniałej znajomości języka angielskiego, ale ile można narzekać. Czas nacieszyć się Barceloną!

piątek, 26 sierpnia 2011

Koniec Beneluksu

Ciezko pisać apdejty bez komputera, więc będzie szybko i niestety bez zdjęć narazie. Oto krótki opis tego gdzie byliśmy i co robiliśmy:
Z Hagi odbylismy krotka podroz do Brukseli, jednak tej zobaczylismy wieczorem juz nie wiele. Chcielismy ruszyc z "samego rana", co w naszym przypadku nie znaczy wcale tak wczesnie, ale zgodnie z tym co sie o Brukseli mowi - lało. A nawet nie tyle lało, co była regularna burza. Generalnie Brukseli wiec za duzo nie widzielismy, ale tez nie podbila specjalnie naszych serc (zrobila to innego dnia, z innego powodu ale o tym kiedy indziej). Chociaz tez dom Horty byl warty grzechu. Nastepnego dnia wyruszylismy do Brugii, ktora rozkochala nas w sobie natychmiastowo! Przypomina bardzo miasta Holenderskie, majac wciaz jednak w sobie cos Belgijskiego. Znowu zmoczyl nas deszcz, tym razem na lodce podczas kursu kanalami, ale bylismy twardzi a widoki i tak piekne. Najedlismy sie za to belgijskiej czekolady i trafilismy przypadkiem na wystawe rysunkow Picassa. Chociaz Brugia nas u siebie przetrzymala, postanowilismy "zajrzec" do Gandawy. Okazalo sie to nie byc takie proste, z racji odleglosci dworca od starowki. Bylo to jednak warte tego polgodzinnego spaceru. Jest to z pewnoscia miejsce do ktorego musimy wrocic. Po powrocie poszlismy jeszcze na krotki, ale baardzo ekscytujacy spacer po Brukseli. Nastepnego dnia musielismy rano wstac, a ze bylo tez goraco to spedzilismy ranek w dwoch, niezbyt duzych brukselskich parkach (z czego w jednym widzielismy plywajace szczury!) a nastepnie zjedlismy lunch w budynku komisji europejskiej (hell yeah!), by potem ruszyc w podroz do Paryza. TGV niezle zasuwa... Teraz siedze w naszym pokoiku, sluchajac plynacego za oknem kawiarnianego zycia i odpoczywajac po bardzo ekscytujacej, ale i wyczerpujacej wizycie w museo d'orsay. Zaraz bedziemy zajadac zwykly makaron z sosem, ale posypany piekielnie dobrym i piekielnie drogim, francuskim parmezanem. Pycha!
Published with Blogger-droid v1.7.4

piątek, 19 sierpnia 2011

Haga

Po przyjezdzie do Amsterdamu odstawilismy ciezkie plecaki do skrytki i pobieglismy wstepnie ogladac miasto oraz cos zjesc. Przedarlismy sie przez dzikie tłumy i na poczatku polecielismy do centrum informacyjnego kupic mape. Przy okazji dostalismy pare przydatnych informacji co do dojazdow do Hagi (oraz jak dostac tansze bilety) i dostepu do muzeów. Żeby uniknąć kolejek kupiliśmy bilety do Rijksmuseum oraz Van Gogha, przeraziliśmy się ceną i ruszyliśmy dalej.

Podziwialiśmy architekture nad głowami dzikich tłumów, zjedliśmy pizze za dzikie pieniądze, poszliśmy tam, gdzie będąc-w-Amsterdamie-być-trzeba i robiliśmy to co będąc-w-Amsterdamie-robić-trzeba, pospacerowaliśmy trochę umykając spod kół rowerów po czym uciekliśmy przed deszczem na dworzec by ruszyć do Hagi.


A Haga od razu podbiła nasze serca. Taka, a nawet piękniejsza architektura jak w Amsterdamie, ale bez tłumów! Trafiliśmy na uliczkę, której nazwy nie da się wymówić, obstawioną ze wszystkich stron przepięknymi, 200-letnimi szeregowcami i odnaleźliśmy odpowiedni adres.

Powitały nas przemiłe Panie, informując, że z kolacją trzeba poczekać bo gości będzie więcej. Po przybyciu dwóch kolejnych miłych Pań i zjedzeniu przepysznej kolacji na stół trafiło wino i do 1 w nocy trwały rozmowy na najróżniejsze tematy. Około pierwszej na stół trafiły szachy, a ja postanowiłam odespać jednak długą podróż. Niedługo później dołączył do mnie Janek, chwaląc się swoją wygraną.


Z "samego rana" (czyli o godzinie 10tej) zeszliśmy na śniadanie, a niedługo później ruszyliśmy na plaże. Wiatr niestety wiał, ale słońce dopisało a widoki okazały się przepiękne! Po spacerze wzdłuż plaży oraz wspinaniu się na falochron zostaliśmy zaprowadzeni do rybnej restauracji, znajdującej się obok rybnego sklepu w którym to ryby trafały zaraz po złowieniu. Smaków nie da się opisać, a słynny holenderski śledź jedzony trzymając go za ogon stał się nowym faworytem na mojej liście smakołyków. Najgorszy przeciwnik ryb by się przekonał!



Późniejszym popołudniem pojechaliśmy na spacer do centrum Hagi. A ta rozkochała nas w sobie już kompletnie! Najpierw trafiliśmy na festiwal jazzowy, na którym zespoły grały na... łódkach zwodowanych w kanale! Publiczność stała dookoła, pijąc wino i słuchając muzyki. Po skończeniu, kapela żegnała się i odpływała, by zacumować kawałek dalej i grać dla kolejnej publiczności.


FILM!!!
Nie sądząc, że coś jeszcze nas zaskoczy ruszyliśmy na dalszy spacer. I trafiliśmy do raju. Zachód słońca spotkał nas przy stawie, z jednej strony zabudowanym przepiękną, holenderską architekturą.

W stawie natomiast spokojnie pływały kaczki oraz łabędzie. Amsterdam stał się nie ważny. Jutro na pewno pojedziemy wykorzystać nasze piekielnie drogie bilety muzealne, Pojutrze jednak prawodpodobnie nigdzie się nie ruszymy. Haskie muzeum posiada w swoich zbiorach Dziewczyne z Pełą i Lekcję anatomii doktora Tulpa, a to tylko wymówka by spędzić więcej czasu w tym magicznym miejscu. Jak to przypadek i głupie szczęście mogą tak pomóc...

środa, 17 sierpnia 2011

Ostatnie godziny w Berlinie


Pierwszy punkt naszej wycieczki już prawie odhaczony. Jutro o 8.30 wyruszamy do Amsterdamu! A tam, z powodów różnych (głównie cenowych - dzikie szaleństwo) zagrzejemy tylko parę godzin, by uciec na nocleg do Hagi. I tak będziemy jeździć w te i z powrotem 4 dni. Noclegowo zresztą wszystko pięknie się ułożyło również w Paryżu, gdzie znaleźliśmy miejsce do zesquotowania.


Co do Berlina - bardzo mnie zaskoczył. Zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Na minus były problemy z dogadaniem się po angielsku (spodziewałam się, że takie spotkam dopiero we Francji). Panie w sklepach czy w kawiarniach (w turystycznym centrum!), nawet całkiem młode twardo, ale z ogromną cierpliwością, mówiły do mnie po niemiecku. Napotkany przypadkiem pan, poproszony o wskazanie drogi do "Jewish museum" zastanowił się parę sekund, po czym wykrzyknął "aa! Jüdisches!" i machnął parę razy ręką mówiąc "rajd... und den... rajd". Koniec końców trafiliśmy:)

A powodem, dla którego pytaliśy o drogę w ogóle była mapa, jaką dostaliśmy na początku na stacji metra. Widząc jak wiele ma wskazówek oraz oznaczonych muzeów i innych miejsc uznaliśmy, że nam wystarczy. Okazało się jednak, że większość ulic nie miała napisanych na niej nazw, a część miejsc znajdowała się gdzie indziej (na przykład - dziś biegaliśmy jak opętani szukając muzeum Bauhausu w miejscu, w którym powinno sie znajdować wg mapy, żeby dowiedzieć się, że jest po drugiej stronie kanału. Nasza mapa i tak była jednak lepsza, niż dwóch zabawnych brytoli, którzy pytali nas dziś (pewnie nie znaleźli anglojęzycznego Niemca) stojąc przy Holocaust Memorial, gdzie jest Holocaus Museum bo mapa zaprowadziła ich właśnie tu. Na szczęście, my już wiedzieliśmy gdzie dokładnie to muzeum się znajduje.

Samo miasto jednak na pewno na plus. Są co prawda miejsca z których uciekaliśmy aż się kurzyło (alexanderplatz), ale były też takie na które trafiliśmy przypadkiem (a parę baardzo długich spacerów nam wypadło - mapa nie odzwierciedlała również dobrze odległości między dwoma miejscami ;)) a zupełnie nas zachwyciły. "Moimi" miejscami, które zapamiętam i do których będę wracać są na pewno Holocaust Memorial właśnie (robi nieprawdopodobne wrażenie), Sony Center (i to piwo!) i parę innych. I ta architektura... czy to bloki, czy wieżowce - absolutnie cudowna!

wtorek, 16 sierpnia 2011

Berlin to nie tylko wurst i piwo, ale także kebaby. Pomimo, że nie dane nam dziś było mówiąc kolokwialnie "nażreć się kiełby", to dwie ostatnie pozycje okazały się cudowne. Nie chcąc iść na głodnego do Jewish Museum (kto to widział), wpadliśmy do mieszczącego się w sąsiednim budynku królestwa kebabu. Faktycznie, danie to nie jest w żaden sposób związane ze swoim trującym krewnym z Warszawskiego Dworca Centralnego, skutecznie kaleczącego jelita nowo przybyłych. Był on wyjątkowo dobry. Podobnie sytuacja miała się z piwem, wzgardzonym przeze mnie przed laty. Ważone na miejscu w knajpie znajdującej w Sony Center Berlin, na widok którego każdy fan gadgetów dostaje histerycznego napadu radości, okazało się doskonałe. Po wypiciu dużego kufla tego trunku z dodatkiem wiśniowej brandy i coli (Julia zamówiła z lemoniadą) nastał najgorszy moment - czas na powrót do domu. Chyba zapomniałem napisać o kilku ważnych miejscach które odwiedziliśmy wcześniej, ale o pierdółkach kiedy indziej.

Aktualności :)

a tu można zobaczyć co robimy i gdzie jesteśmy :)
Published with Blogger-droid v1.7.4

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Przystanek nr.1 - Berlin


Pociąg relacji Warszawa - Berlin mnie zadziwia. Czy istnieje jakieś proste wyjaśnienie dlaczego do granicy Polskiej nadawanie informacji oraz sprawdzanie biletów odbywa się wyłącznie w języku polskim, a po stronie Niemieckiej po niemiecku i angielsku? Osoba znająca jeden z tych trzech języków zrozumie jedynie połowę trasy. A i zrozumienie niemieckiego konduktora mówiącego po angielsku graniczy z cudem... Powodem może być jedynie niedogadanie się obu stron albo lenistwo. Ale mniejsza o większość. Dotarliśmy, wysiedliśmy i dojechaliśmy do Rathaus Steglitz gdzie będziemy mieszkać przez najbliższe 3 dni. Zostaliśmy ciepło przyjęci przez ciocię Janka, aktualnie czekamy na obiad a potem ruszamy na pierwsze zwiedzanie, zaopatrzeni w mapki metra, z czego moja została już przeze mnie nieźle pobazgrana, w celu oznaczenia miejsc które musimy zobaczyć. Na dziś planujemy spacer od Alexanderplatz, przez Hackesher Markt, Friedrichstrasse, Holocaust Memorial i bramę Brandenburską aż do Postdamer Platz. Jutro najprawdopodobniej popłyniemy statkiem przez Berlińskie kanały (podobno dłuższe niż Weneckie) i zwiedzimy parę muzeów (na pewno Jewish Museum, Bauhausu, Gropiusa, też Eastside Gallery a jak się uda to może chociaż odrobinę Pergamonu), pojutrze natomiast planujemy wypożyczyć rowery i pooglądać samo miasto. Plan ambitny, ale przecież oto chodzi!